Limeryki Marianowicza
sapi 7. września 2007
Tuż po wojnie do grona limerystów dołączył Antoni Marianowicz, publikując kilka na łamach Szpilek (nr 2 z 1945 r). Tak wspominał ten fakt po latach (Pchli targ, Wydawnictwa Radia i Telewizji, Warszawa, 1991):
Pewnego dnia (był to bodaj 1 marca 1945 roku) nabyłem w kiosku na Piotrkowskiej pierwszy powojenny numer “Szpilek” — pisma, które stanowiło moją ulubioną lekturę za czasów sztubackich. Ponieważ miałem — jak to się mówi — w zanadrzu szereg utworów satyrycznych napisanych w czasie okupacji, odrodzone “Szpilki” napełniły moje nieśmiałe, debiutanckie serce nieokreślonymi nadziejami.
Uzbroiwszy się w nieoczekiwany dla siebie samego heroizm, wszedłem na trzecie piętro kamienicy przy ulicy Piotrkowskiej 96, gdzie mieściła się podówczas redakcja “Szpilek”. Nie potrzebuję dodawać, że kilkakrotnie zawracałem z drogi, zanim znalazłem się przed surowym obliczem woźnego Kazimierczaka.
Kazimierczak potraktował mnie łaskawie i wskazał mi pokój, w którym obradował dostojny areopag. Otworzywszy drzwi, cofnąłem się natychmiast w popłochu. W pokoju, zamiast redakcji satyrycznego tygodnika, urzędował bowiem sztab jednostki wojskowej, “To chyba pomyłka” — powiedziałem do Kazimierczaka, który z pobłażliwym uśmiechem wyjaśnił mi, że redaktorzy Pasternak, Lec i Zaruba stanowią część odrodzonego Wojska Polskiego.
Wszedłem z bijącym sercem. Za biurkiem siedział zadzierzysty wojak o marsowym obliczu, przyozdobionym łysiną. Był to, jak się okazało, porucznik Leon Pasternak. Na kanapie spoczywał niezmiernie otyły oficer, porozpinany we wszelkich możliwych miejscach. Jego niebieskie marzące oczy nie zdradzały powołania do kariery militarnej. Oficera zidentyfikowałem jako kapitana Stanisława Jerzego Leca. Wreszcie starszy już, umundurowany mężczyzna, opowiadający właśnie pikantną, przerwaną na mój widok anegdotę, okazał się porucznikiem Jerzym Zarubą, o którego przewagach wojskowych w okresie kampanii krymskiej dowiedziałem się dopiero znacznie później.
Znając pogardliwy stosunek wszystkich redakcji świata do grafomanów, udałem, że przychodzę w zupełnie innej sprawie. Ot, po prostu jestem redaktorem w “Polpressie” i pragnę dowiedzieć się o jednego ze współpracowników “Szpilek”, z którym straciłem kontakt w roku 1942. Był to oczywiście manewr, ponieważ o losie Leonida Fokszańskiego wiedziałem znacznie więcej od redaktorów “Szpilek”.
Przyjęto mnie bardzo serdecznie. Wielcy mężowie okazali się przystępnymi i życzliwymi ludźmi. Na odchodnym wyciągnąłem więc z kieszeni sakpalta plik rękopisów, wręczając je nonszalanckim gestem redaktorowi Pasternakowi, aby zechciał rzucić na nie okiem w wolnej chwili. Wyszedłem zlany potem, uzyskawszy obietnicę, że otrzymam za trzy dni odpowiedź w sprawie moich materiałów.
Po trzech dniach, które wydały mi się trzema wiekami, przestąpiłem ponownie próg satyrycznego przybytku. Nie miałem już żadnego pretekstu natury towarzyskiej. Byłem zgubiony. Albo…
Uderzyła mnie serdeczność, z jaką uścisnął moją rękę porucznik Pasternak. Również i kapitan Lec dawał mi przyjazne znaki ze swej kanapy. Dowiedziałem się, że redaktorzy bardzo pochlebnie ocenili moje limeryki i że część tychże, nadających się do druku, ukaże się już w następnym (drugim) numerze “Szpilek”. Oczywiście najbardziej podobały się limeryki o treści — oględnie mówiąc — nieobyczajnej, ale nawet przyzwoitsze utwory zrobiły dodatnie wrażenie. Co więcej, sam Janusz Minkiewicz — jak mnie powiadomił Pasternak — przeczytał moje limeryki i uznał je za najlepsze utwory tego rodzaju, oczywiście po swoich. Było to szczęście, jakiego nie mogłem oczekiwać w najbardziej bezczelnych marzeniach.”
Limeryki te były później przedrukowane w książce ”Plamy na słoneczku” (PIW, Warszawa, 1957). A oto i one:
WOJSKOWY
Raz pewien Don Juan spod Rouen
zaciągnął się jako ułan.
Gdy sprzątać miał stajnie,
z wściekłością rzekł: "Aj, nie,
nie będę zamiatał tych guan!"
PSYCHOLOGICZNY
Raz rzekł ktoś ze Stanów: ,,Zastanów
sie nad tym, że każdy zna stan ów,
gdy człowiek z rozpaczy
już nawet nie patrzy
na napis "DLA PAŃ" lub "DLA PANÓW"!
ARTYSTYCZNY
Był pewien artysta pod Coethen
z wyrytym na d.pie bukietem.
Kształt jego olśniewał,
barw dobór zdumiewał,
lecz zapach, niestety, był nie ten!
''(z angielskiego)''
KOLEJOWY
Raz pewien chłopaczek z Saarbruecken
pojechał z wycieczką na łykend,
lecz dzięki szlepcugom
był w drodze tak długo,
że wrócił już starym piernikiem!
HANDLOWY
W pewnej osadzie tuż pod Salamanką
żył raz drogista z żoną kleptomanką,
nie dziw więc, że w ich sklepie
handel szedł coraz lepiej,
a konkurenci mieli w kasach manko.
INFANTYLNY
Był noworodek raz pod Kudową,
co się załatwiał na fioletowo.
Więc rodzice z udręką
już machnąwszy nań ręką
rozpoczęli na nowo ''ab ovo''.
POPULARNO-NAUKOWY
Raz pewnej niewieście z Bilbao
rozbijać atomy się chciało.
Rozbiła ze szczętem
naczynia i sprzęty,
lecz atom z tych prób wyszedł cało.
PROPAGANDOWY
Czy zwał się John, Henry, czy Eric,
dokonał od dwojga Ameryk
większego odkrycia,
i tego chcę czcić ja,
kto pierwszy ułożył limeryk!
W tym samym tomie znajdują się jeszcze cztery późniejsze limeryki:
O CHYTRYM AMERYKANINIE
Był pewien znany bankier w stanie Iowa,
co się na życie zaasekurował.
Raz zatopił w nim pies swe kły,
lecz, niestety, nie był wściekły --
więc nasz potentat się wściekł, gdy wyzdrowiał.
O SZALONYM ŻONGLERZE
Raz pewien żongler w Alhambrze
oszalał znienacka tamże,
więc zaczął półdziko
żonglować publiką,
aż w końcu zamknęli go w mamrze.
O EKSCENTRYCZNYM POECIE
Raz pewien poeta-chimeryk
napisał tragiczny limeryk.
Pytany o powód,
wyjaśnił rzeczowo,
że duszy wyrazić swej chce ryk.
O CZŁOWIEKU, KTÓRY BAŁ SIĘ SPRZECZNOŚCI
Raz pewien facet śmiał się tak,
że go na miejscu trafił szlag.
Lecz mówi przysłowie,
że śmiech to zdrowie --
więc wstał na posłuszeństwa znak.
Po kilkudziesięciu latach limeryk ten przytoczony został w innej wersji (Rudy lunatyk z Marago, Wydawnictwo Książkowe Twój Styl, Warszawa, 1999):
COŚ Z PRZYSŁÓW
Raz pewien pan śmiał się tak,
że nagle trafił go szlag.
"Znaczie przysłowie,
że śmiech to zdrowie?"
-- Zarzęrził leżąc na wznak
- Comments(0)