Tuwim i Minkiewicz
sapi 4. września 2007
Niedługo potem grono limerystów powiększyło się o Janusza Minkiewicza i Juliana Tuwima. Najpierw Minkiewicz samodzielnie opublikował ”Cztery limeryki” (Szpilki, nr 19, 1936 r.):
Nowy poczmistrz przybyły do Kodnia
Pojął trzy żony w ciągu tygodnia;
Gdy go spytano, czy zawsze mieć zwykł trzy
Odparł: -- Tak, jedna łatwo się sprzykrza,
A bigamja, panowie, to zbrodnia!
Śniło się raz organiście,
że zaczął jeść buty i gryźć je,
Więc zimny oblał go pot,
Ze wstrętem obudził się wlot
I spostrzegł, że... rzeczywiście.
Piotr w samobójczej był wenie,
Na szynach położył się z drżeniem
I umarł... lecz z nudów poprostu,
Bo pociąg 6.03 z Zawichostu
Miał trzygodzinne spóźnienie.
Był pewien poeta z Ołyki,
Co nie znał prawideł rytmiki,
Spytano go raz, czy nie wstyd mu
Tak pisać poezje bez rytmu?
On na to: -- Tak, ale zawsze jestem zmuszony
wsadzić w ostatnią linijkę każdego
wiersza tak wielką ilość słów, że to
właśnie psuje moich wszystkich utwo-
rów szyki.
Nota bene w późniejszych latach Ołyka została zmieniona na Ottykę.
***
Rok później, pod pseudonimami Zenon Pseudeckq i Jan Uszminkiewicz, opublikowali oni swoje kolejne utwory (Szpilki, nr 37, 1937 r.). Janusz Minkiewicz pisał:
Julian Tuwim był pierwszym, który zaraził się limerykami. Przeczytał kilka angielskich i dalej pisać polskie! Dopuścił mnie do tej zabawy i tak mistrz z czeladnikiem, licytując się wzajemnie co dziwaczniejszymi rymami, kropnęli w pewne wiejskie popołudnie pierwsze polskie rymeliki [...]”
Zaś w Pegaz dęba (Czytelnik, Warszawa, 1950) Tuwim tak wspominał:
“Arcyspeca swego i zelanta ma u nas ten rodzaj wierszyków w osobie Janusza Minkiewicza, z którym ułożyliśmy kilka takich “rymelików”… Nasze obłąkane strofy powstały w upalne lato r. 1936, gdyśmy razem spędzali wakacje. Upał był tak straszliwy, że… Słowem, oto one.”
Miało to miejsce w majątku Sikorz koło Płocka. Nieodłączną częścią każdego z tych rymelików był komentarz, zaś poprzedzał je wstęp autorstwa Minkiewicza:
Chyba nie trzeba wam tłumaczyć, co to jest limeryk. Wiecie doskonale, że jest to pięciowiersz humorystyczny, popularny w Anglji tak jak w Polsce fraszka. Znacie limeryki z przekładów i wiecie, że zwykle wyglądają one mniej więcej tak:
Ta-ra-ra ra-ra-ra ra-ri-ra, Ta-ri-ri ta-ra-ra ta-ti-ra, Ta-ri-ra ri-ra ri, Ta-ti-ra ti-ta ri, Ta-ram ta ta-ta-ra ra-ti-ra!Czy trafnie wywiązaliśmy się z zadania, czytelnik sam to osądzi poniżej. Koniecznem jest jednak zapoznanie się z przypisami podanemi na końcu, bez nich bowiem niektóre z naszych utworów mogłyby się wydać niezrozumiałe.
Zapewne interesuje czytelników niewymownie, kto ukrywa się pod nazwiskiem Zenona Pseudeckqa?
Jedno wam mogę powiedzieć. Wbrew przypuszczeniom i poszlakom nie jest ów sławny poeta, autor granej obecnie w teatrze Polskim “Jadzi-wdowy”, jest to zupełnie kto inny, ale nie mogę powiedzieć kto, bo mój szanowny wspólnik wyczerpany ważnemi sprawami tak zajmujących szeroki ogół społeczeństwa, odpoczywa sobie teraz w Montecatini. A może nie w Montecatini, w każdym razie jest teraz na urlopie, zdala od swego urzędu i ode mnie, tak, że nawet nie mógłbym się go zapytać czyby pozwolił na zdradzenie swego incognito.
Raz pewien młody ichtiozaur
Był na wystawie "Des Beaux Arts";
Gdy spojrzał na dzieła,
Ochota go wzięła,
By pożreć je wszystkie. I pożarł.
Komentarz: Nasz pierwszy limeryk jest dość przejrzystą satyrą na wpuszczanie młodych ichtiozaurów na wystawę sztuki i nie wymaga specjalnych objaśnień.
Chwalił się ktoś, że w mieście Brookspahn
Zasadził gdzieś na rogu bukszpan...
Rzekł sceptyk: --- Panie, to gadanie,
Bukszpan na rogu?! Bujda, panie!
Ten odrzekł mu: --- Ta spójrz na róg-ż pan!...
Komentarz: Jest to limeryk oparty na zaskoczeniu czytelnika, ogólnie bowiem wiadomo, że w mieście Brookspahn zasadzenie drzewa jest niemożliwością, gdyż klimat Wysp Baltazara, wahający się przeciętnie od +12 do +18 stopni C, wyklucza dogodne warunki do rozwijania się egzotycznej roślinności. A zresztą: skąd Lwowiak w Brookspahnie!?…
Raz Anglik w Polsce chory był.
Choć zdrowym do tej pory był;
Bo wódkę i rum pił;
Okropnie się umpił,
Nazywał się Bloompill. It's horrible.
Komentarz: Słowo “umpił” znaczy to samo co “upił”, chodziło tu jedynie o niewysilanie się w poszukiwaniu oryginalnego rymu do słów “rum pił”. — Bloompill (czytaj: Blumpił), znana arystokratyczna rodzina szkocka. Sensację swego czasu wywołał pamiętny list lorda Bloompill’a odżegnywujący się od wszelkich węzłów pokrewieństwa z socjalistycznym premierem Francji Sir Leonardo Blumenthallem.
It’s horrible — to zdanie, któro sprawi niewątpliwie najwięcej kłopotu polskiemu czytelnikowi. Znaczy ono — “to straszne”. W tym wypadku stanowiło ono rym do “chory był” i “do tej pory był”, gdyż wymawia się nie “horrible”, ale “horybył”. Limeryk nasz jednak nie miałby racji bytu w stanie Ohio w Ameryce Północnej, w Nowej Południowej Walii w Australii, w zagłębiu Devonshire w Anglii i na ulicy Bielańskiej w Warszawie, gdzie słowo “horrible” wymawia się “choribl”.
Raz bokserowi w Hollywood
Bok (mimo jego woli) chudł.
Rzekł doktór: -- Dear boxer,
Tak wychudł twój bok, Sir,
Bo pan za dużo goli wód!
Komentarz: Zdanie “Dear boxer” znaczy prawdopodobnie po angielsku “drogi bokserze”. Słowo “Sir” znaczy po angielsku niewątpliwie “panie”. Zdania “bo pan za dużo goli wód” nie należy brać dosłownie. Bokser nasz niewątpliwie nigdy nie golił żyletką fal oceanu — coby na podstawie tego zdania niejednemu czytelnikowi mogło przyjść na myśl — pił po prostu za dużo wódek. Słowo wódka, jak wiadomo, jest wyrazem pieszczotliwym, spieszczeniem od — woda. W tym wypadku wróciliśmy do źródłosłowu, gdyż wódka powodująca chudnięcie boku człowieka nie zasługuje na to, aby ją pieścić i spieszczać.
John Smith, co zdobył Ararat,
Nie płacić swych się stara rat
I mówi, że to istny raj dla-
-ń --- wszystkie dzieła Wilde'a.
Więc czytać jest Oskara rad.
Komentarz: Oskar Wilde (czytaj Łajld) znakomity pisarz ang.
Zbrodniarz złapany w mieście Kutno,
Poczuł, że łeb mu wkrótce utną.
Stawiał drań opór,
Rozkwasił go topór,
Brr... Teraz wam przykro. I smutno.
Komentarz: Jest to autentyczny wypadek jaki zdarzył się w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku w jednem ze spokojnych miasteczek północnej Bawarji. Przeniesienie akcji do Kutna ma na celu wzbudzenie w polskim czytelniku uczucia większej bezpośredniości.
Ktoś rzekł raz "diade" zamiast "diadem",
Po prostu w końcu słowa zjadł "em",
Za błąd ten czysto lingwistyczny
Hrabina z włości okolicznych
Nie ugościła go obiadem.
Komentarz: Jest to również autentyczna historia, jaka zdarzyła się niedawno w majątku Sikorz w Płockiem. Składki na rzecz nieszczęsnej ofiary dziwactw hrabiny P. przyjmuje administracja “Szpilek”.
W tym roku co w Polsce nasz zmarł Zan,
Urodził się w Stanach ów Tarzan;
Po mrozie włóczył się w zimie
Z facetką. (Ann --- jej na imię).
--- --- --- --- --- --- --- --- ---
Tak Tarzan, gdy zmarł Zan, wciąż marzł z Ann!
Komentarz: Imię Ann należy wymawiać Ann, dlatego, żeby pasowało do rymu. Zasadniczo “Ann” wymawia się “Een”, ale to już nie powinno zupełnie nas obchodzić.
Mówiąc: Ma wado, się nie pleń!
Wyjechał pewien na step leń.
Rzekł w dziką wjechawszy głuszę:
-- Tutaj do pracy się zmusę!
Głos mu rzekł z głuszy: -- Nie sepleń!
Komentarz: Ludzie leniwi czyli lenie są aż nadto smakowitym kąskiem dla satyryków. Jeżeli leniuch w dodatku sepleni, nic w tem dziwnego, że taki pada ofiarą smagłego bicza satyry. Przytoczony limeryk jest najlepszym tego dowodem.
Były trzy Lizy. Raz a' propos Liz
Powiedział ktoś na Akropolis:
-- Lubią słuchać owe panie,
Gdy lis gra na fortepianie,
Zwłaszcza gdy allegro gra non troppo lis.
Komentarz: Lis-pianista dający koncert w pobliżu Akropolu nie jest zjawiskiem obcym dla turystów tak chętnie zwiedzających skarby kultury antycznej. Do takich turystów, a właściwie turystek, zaliczyć śmiało można owe melomanki, o których mowa w tym limeryku. To, że każda z nich nosiła dźwięczne imię Liza, a dominującą cechą lisa jako pianisty było jego znakomite allegro non troppo, sprawiło, że błaha w gruncie rzeczy historja unieśmiertelniona została w przytoczony wyżej sposób.
Pragnąc kurczęcia, pewien burmistrz
Przypuścił do kucharki szturm i strz-
elił jej w brzuch. Ta
Odrzekła kuchta:
-- Gdy kurcząt chcesz, to się do kur mizdrz.
Komentarz: Cały wdzięk tego limeryku polega na czytaniu go po cichu. Ktoś bowiem, usłyszawszy prawidłowo przeczytaną linijkę “elił jej w brzuchta”, mógłby powziąć podejrzenie, iż autor nie dość dobrze potrafił swoje myśli ubierać w istniejące słowa.
Pewien w portowym barze mixer
Wymawiał stale zamiast "x" -- "r".
Gdy pewien lord-nabab
Uzyskać chciał rabat,
Rzekł "prir fir, Sir", zamiast "prix fixe, Sir"!
Komentarz: Jeśli chodzi o wymowę słowa “Sir” patrz przypisek do limeryku “Raz bokserowi…”.
***
Kolejne dwa limeryki autorstwa Minkiewicza znajdujemy również w Szpilkach rok później (nr 53, r. 1938, str. 3), zaopatrzone w taki oto odautorski komentarz:
OD AUTORA. Bystrzejsi czytelnicy “Szpilek” przypominają sobie napewno serję limeryków drukowanych na łamach tego pisma. Obecnie, po dwuletniej wytężonej pracy, udało się piszącemu te słowa wzbogacić rodzime limerikiana dwoma nowymi utworami.
Raz ramol z Płocka, płocki Joteyko
Wjechał na górski szczyt kolejką.
Tam kropnął ramol
Sonatę a--mol
Jako reklamę firmy Cwejko.
Komentarz: Jedyna kwestia wymagająca wyjaśnienia w tym limeryku, to zagadnienie słowa “kropnął”. Może ono oznaczać zarówno to, że nasz muzyk odegrał ową sonatę, jak również i to, że ją skomponował. Ponieważ dość rzadko się zdarza, aby na szczytach górskich znajdowały się fortepiany, zwłaszcza koncertowe, skłonni jesteśmy przychylić się do koncepcji drugiej, sugerującej nam, iż sonata owa została przez melomana naszego skomponowana w tym ekscentrycznym nieco miejscu. Istnienie zaś w tym wierszu firmy Cwejko tłumaczymy sobie do dziś albo sowitą z jej strony zapłatą albo też brakiem innego rymu…
Raz inżyniera upił gin w sztok,
Więc zwalił się jak kłoda w rynsztok,
Zły przyszedł do biura,
A tam awantura:
-- Pan przerwał pracy w P. Z. Inż. tok!
Komentarz: Państwowe Zakłady Inżynierii (w skrócie: P. Z. Inż.) nie potrzebują płatnej reklamy. Wszelkie więc insynuacje, jakoby limeryk ten został opłacony przez wspomnianą instytucję, pozbawione są jakichkolwiek podstaw. Jeśli ostatnia linijka tego wiersza nasuwa komuś pewne wątpliwości co do swego sensu, służymy wyjaśnieniem. Znaczy ona po prostu: — Pan przerwał tok pracy w Państwowych Zakładach Inżynierii. Panów inżynierów prosimy o powstrzymanie się od listów protestacyjnych przeciw obniżaniu powagi ich zawodu, gdyż z góry oświadczamy, iż wspomniany wypadek upicia się jednego z ich kolegów ginem (wymawiaj: dżinem) traktujemy wraz z całym zdrowo myślącym społeczeństwem jako coś najzupełniej wyjątkowego i sporadycznego!
***
Kilka tygodni później, w numerze 4 z 1939 roku Janusz Minkiewicz opublikował jeszcze kilka limeryków.
Pewien polityk z Bukaresztu
Dostał się kiedyś do aresztu.
Gdy raz się pytał władz: "Quo usque?!",
Został ukłuty w mózg przez pluskwę...
Wykrzyknął błędny: --- Skąd ta wesz tu?
Komentarz: Opłakane stosunki panujące w więziennictwie rumuńskim wywołują pożałowania godne wypadki. Dość wspomnieć o Cordeanu. W limeryku niniejszym poeta smaga biczem satyry brak higieny w więziennych celach, czego wynikiem są częste ukąszenia. Do jakiego pomieszania pojęć i zmysłów doprowadzają one, świadczy pointa wiersza, z której wynika, że nieszczęsny więzień nie potrafi odróżniać tych pożytecznych stworzeń.
Peggy Nickowi świsnęła ręcznik...
--- Nie rusz ręcznika! --- wrzasnął jej wręcz Nick.
Peggy się cała pieni i wrze:
--- Nie znasz się Nicku na savoir-vivrze,
Kup więc bon-tonu sobie podręcznik.
Komentarz: Jest to kpina z częstego używania w języku polskim imion i wyrazów cudzoziemskich. O ileż bardziej swojsko brzmiałoby na przykład: “Genowefa Innocentemu buchnęła ręcznik”… Sceptyk zaraz powie, że Genowefa i Innocenty to też nie bardzo polskie imiona. Owszem nie bardzo, ale bardziej niż tamte. A takie wyrażonka jak “savoir-vivre”, “bon-ton” — czyż to nie obraz polszczyzny?
Uwaga: słowa w trzecim wierszu “i wrze”, nie należy czytać “i wrze”, tylko “iwrze”, ażeby się rymowało z “vivrze”.
Był anemiczny raz hipochondryk
Co wielki miał do cudzych żon dryg,
Wtem przyszło fiasco:
W łeb dostał laską,
Ogromny przeto powstał stąd ryk!
Komentarz: Hipochondryk (w tytule dowcipnie nazwany — hipkiem) jest zakałą każdego zdrowo myślącego społeczeństwa. Jeśli nawet fakty przytoczone w limeryku nie odpowiadają całkowitej prawdzie to i tak zasługa poety będzie kategoryczne opowiedzenie się przeciw działalności tego rodzaju osobników. W tym miejscu należałoby wykrzyknąć wzorem naszych praojców i bohatera pierwszego z dzisiejszych limeryków: “Quo usque tandem Katylina?”,
które to zdanie jak przypuszcza prof. T. Zieliński z Warszawy prawdopodobnie nie było bynajmniej hasłem reklamowym firmy wyrabiającej rowery typu tandem marki Katylina.
CÓŻ PO TYTULE?...
Chorego spytał ktoś: -- Azaliż
Pańska choroba to paraliż?
Na taki przytyk
Rzekł paralityk:
-- Pański interes??? W nos pan psa liż!!!
Komentarz: Jedną z tysięcy plag społecznych jest, jak ogólnie wiadomo, permanentna arogancja naszych domorosłych paralityków. Nie można do takiego dobrego słowa powiedzieć, bo zaraz się czepia. Przykład przytoczony powyżej jest tylko łagodnym odblaskiem tego, co się dzieje w smutnej rzeczywistości. Oby sens moralny zawarty w wierszu przemówił do czynników kompetentnych i zmusił je do przyjęcia odpowiedniej postawy!…
Tytuł tego limeryku, dość luźno związany z jego treścią, wziął się stąd, iż autor myśląc o nim poczuł się nagle bez pieniędzy. Szukając więc tytułu pomyślał nagle “cóż po tytule, gdy pusto w szkatule”, no i kropnął właśnie to, co pomyślał.
Raz chemik z Glasgow, Malcom Mac Aron,
Grał z gośćmi w bridge'a jedząc makaron.
W tem krzyknął chemik:
-- W karo mam szlemik!
Zapytał kibic: -- Ile ma kar on?
Komentarz: Poczciwy Szkot musiał mieć na pewno szlemik w ręku, znając bowiem naturę jego ziomków, nie potrafiłbym wziąć pod uwagę możliwości jakiegokolwiek ryzyka z jego strony. Gdyby jednak znaleźli się wśród niemiłych czytelników oponenci, tj. tacy, którzy by mieli odmienną koncepcję na temat sposobu licytacji brydżowej Mr. Mac Arona, redakcja “Szpilek” gotowa jest otworzyć im gościnne swe łamy.
Raz król francuski Ludwik (Louis XV)
Nakrył swą piękną magnifikę z
gachem. Więc król
Tłumiąc swój ból...
Stop! Lepiej opisał to już Dickens!
Komentarz: Lłi kęz — fikę z — Dickens — w ten oto sposób należy czytać ostatnie wyrazy pierwszego, drugiego i piątego wiersza, aby osiągnąć prawidłowe brzmienie rymów.
Sam limeryk okazał się w gruncie rzeczy niepotrzebny, gdyż jak z treści jego wynika, poeta zamierzał własnymi słowami opisać to, co dawniej i lepiej robił już popularny historyk skandynawski Charlie Dickens, autor znakomitych scenariuszy dla filmów Davida Gary Duff Cooperfielda.
***
Był pewien poeta z miasteczka Zakroczym,
Co chciał pisać wiersze, lecz wciąż nie miał o czym,
Aż cierpiąc za ten grzech
Zamieszkał na Węgrzech,
Tam wreszcie napisał zły wiersz o Rakoczym...
Komentarz: Zakroczym, miasteczko położone nieopodal stolicy przeszło trzydziestomilionowego państwa, słynie z nadkontyngentu poetów. Toteż mieszkańcy tej uroczej mieściny przyjmą niewątpliwie z ulgą godny podziwu objaw, jakim jest emigracja jednego z poetów zakroczymskich. Oby czym prędzej znalazł naśladowców.
Zarówno Tuwim jak i Minkiewicz popełnili jeszcze kilka limeryków, ale o tym w dalszej części programu.
Jeszcze przed II wojną światową limerykopisanie Minkiewicza sparodiował Witold Zechenter (Guzy dla muzy, Książnica-Atlas, Lwów-Warszawa, 1939):
Pewien furiat rzekł raz ,,Tato,
co to jest właściwie lato?
Ojciec na to: nie odpowiem,
nie rozumiesz mnie, albowiem
jako syn mój -- jesteś matoł''.
- Comments(0)