Fryderyk Jarosy - Fryderyk Jarosy ma głos
Z sapijaszko.net
Szanowny panie redaktorze!
Prosi mnie pan, abym w krótkich słowach poinformował czytelników "Toto", jak i dlaczego zostałem conferencierem?
Jest to pytanie zupełnie zrozumiałe. Bo rzeczywiście, dlaczego człowiek obdarzony takiemi jak ja zdolnościami, --- zdolnościami, które otwierały przede mną karjerę conajmniej ministra, względnie redaktora pisma ilustrowanego, --- dlaczego taki człowiek ograniczył się do skromnej roli conferenciera?!
A mimo to proszę Pana i czytelników, aby nie sądzili, że ten fach jest aktem rezygnacji życiowej --- czemś w rodzaju rozpaczliwego zarzucenia kotwicy przez okręt, strzaskany burzą. O, nie! Zostałem conferencierem z wolnego wyboru, z najgłębszego przekonania i nakazu wewnętrznego. A jak się stało --- opowiem.
Kiedy przyszedłem na świat, usłyszałem nad sobą głos: "Zdaje się, że to chłopak". Ojciec rzekł: "Nazwiemy go Hannibal", ale ja zaprotestowałem energicznie i zawołałem: "Pardon! Protestuję! Chcę nazywać się Mirosław". Ciotka proponowała Nepomucena, wuj Alojzego, matka zaś Narcyza. W ten sposób zostałem Fryderykiem, ale z samopoczuciem Mirosława, czyli mir i pokój sławiącego. Z Hannibala tyle tylko miałem w dzieciństwie, że za drobne konflikty z obowiązującym ludzi dorosłych kodeksem karnym dostawałem często od ojca kijem ante portas.
Pochodzę z południowych Węgier, ze Slawonji, z tego kawałka ziemi, na którym kiedyś stała prawdopodobnie wieża Babel, gdyż panowało tam nieporównane pomieszanie języków. Mówiło się po węgiersku, po niemiecku, po słowacku, po czesku, po kroacku, po serbsku, po turecku i po cygańsku. Pamiętam, że kiedy w dzieciństwie używałem mowy węgierskiej, krzyczano: "Ty przeklęty Madziarze!" --- gdy odezwałem się po niemiecku, ryczeli ludzie: "A ty szwabie zatracony!" --- kiedy bełkotałem po serbsku, rozlegał się krzyk: "Milczeć, Serbus!" --- a gdy próbowałem wysłowić się po francusku (w domu mówiliśmy tym językiem), nienawiść narodowa zmieniała się w klasową i wtedy wymyślano mi od arystokratów.
W życiu każdego człowieka najtrwalsze są wspomnienia dzieciństwa. Wobec tego, że jestem człowiekiem, podlegam temu samemu prawu. Ideą przewodnią całego mego życia stało się znalezienie spokojnego punktu, na którym przecinają się linje sporów narodowych. Po próbach studjowania prawa i medycyny ukończyłem nagle filozofję i poświęciłem się en carrière karjerze dyplomatycznej --- w przekonaniu, że w tej dziedzinie najłatwiej mi będzie pracować dla idei zbliżenia narodów. Ale fakt, że jako dyplomata dobrze przysłużyłem się swej ojczyźnie, dowodzi, iż działalność moja na polu dyplomacji dała wręcz przeciwne rezultaty, niż te, o których marzyłem. Dyplomacja jest to bowiem sprawa, która mocno obydwiema nogami (są sprawy, mające kończyny) stać musi na ziemi, ale syntetyczny pogląd na świat wyrobić sobie można tylko... z punktu położonego niż nasza czcigodna planeta. To przekonanie skierowało mnie na drogę sztuki.
Mniej więcej 20 lat temu doznałem niezwykłego wstrząsu. Wywołał go moskiewski "Teatr Artystyczny" i balet rosyjski. Wrażenia były tak silne, że postanowiłem poświęcić się teatrowi --- królestwu idealnie międzynarodowemu.
Pisałem sztuki, grane w Rosji, Niemczech i Francji, pisałem książki w różnych językach, ale przemawiające jednym wspólnym językiem umiłowania teatru. Ale po wydaniu książki lub wystawieniu dramatu stawały się one dla mnie martwe. Czułem brak bezpośredniego kontaktu.
Możliwość tę znalazłem najpierw jako reżyser teatrów rosyjskich, w których inscenizowałem sztuki zachodnio-europejskie, szukając punktów styczności pomiędzy --- powiedzmy --- Szekspirem a muzykiem rosyjskim.
Ten sam cel przyświecał mi, jako reżyserowi "Niebieskiego Ptaka", kiedy berliński Kurfürstedamm, londyńska City lub etykietalna socjeta dworska Madrytu przysłuchiwała się czastuszkom z nad Wołgi. Ale wszędzie trzeba było dawać publiczności informacje bezpośrednie --- wtajemniczać ją w sekrety obcego języka, tłumaczyć specyficzne cechy wykonywanych utworów. Tak stałem się conferencierem (po polsku: kąferansjer).
Ridendo dicere --- taki był punkt wyjścia. A rezultat: docendo ridere. Uczę ludzi śmiechu --- i sam się przy tem świetnie bawię.
Widziałem kiedyś w Ostendzie na plaży grono dzieci, które się razem bawiły, choć były różnej narodowości i każde mówiło innym językiem, niezrozumiałym dla reszty. Zabawa szła znakomicie --- aż do chwili, kiedy przyszła guwernantka i przemówiła do jednego z tych maleństw w obcej, niepojętej dla innych mowie. Skutek --- straszliwy. Chiński mur wyrósł nagle pomiędzy dzieciakami, gdyż obce słowa w ustach dorosłej osoby stały się doprawdy obce. Przedtem dzieci porozumiewały się ze sobą jak najlepiej.
Ja także staram się być guwernantką, lecz taką, której słowa łączą jeszcze bardziej rozbawioną dzieciarnię. Szczycę się, że tym samym tonem mówiłem przed królem hiszpańskim, obecnym na spektaklu "Niebieskiego Ptaka" w Madrycie, co przed szwajcarskim fabrykantem koronek, tak samo swobodnie konferowałem w obecności londyńskich bankierów, jak przed miłymi Wiedeńczykami. I wszyscy rozumieli mnie jednakowo dobrze, gdyż we wszystkich starałem się obudzić chęć do dziecinnej zabawy, a dzieci są wszędzie jednakie. Teraz szczęśliwy jestem, że i w Warszawie, w teatrze "Qui pro Quo", zbieram najmilsze żniwo uśmiechów polskiej publiczności i sympatję dla teatru, którego jestem reżyserem. Jest to dla mnie tem większe szczęście, że, konferując, zwalczać muszę trudności, które mi nasuwa słaba jeszcze znajomość mowy polskiej. Mam w tem pewien system, którego zastosowanie w polityce pozwoliłoby uniknąć wojny europejskiej. Ciekawych zapraszam na lekcję poglądową do "Qui pro quo".
Moje najbliższe plany na przyszłość są następujące: 1) namówić jakąś amerykańską wytwórnię filmową do zrealizowania filmu zbójnickiego "Żywot Janosika", 2) powiedzieć Chamberlainowi zdanie: "Chrząszcz brzmi w trzcinie".
Źródło: Toto, nr 8, 24. stycznia 1926 r, Warszawa, red. i wyd. Julian Tuwim, str. 11

